czwartek, 27 października 2011
Prolog
Prolog
Opustoszała uliczka pogrążona była w mroku. Przenikliwa ciemność w zastraszającym tempie przechwytywała wszystko w zasięgu swojego wzroku, którego tak wielu nie mogło znieść. Tylko uliczna latarnia, jedyna, jaka działała w pobliżu, rzucała na drogę blade światło. Światło, które powinno dawać nadzieję i ciepło. To jednak było tak zimne i ponure, wywołujące dreszcze na plecach każdego, kto przechodziłby właśnie tędy. Ale któż byłby takim głupcem, by o tej porze przechadzać się w tak wyjątkowo nieprzyjemną noc? Znalazła się jednak taka osoba. Mężczyzna, szybko mknący przez ciemność, dyszał ciężko. Krok miał ciężki i szybki, wyraźnie gdzieś mu się spieszyło. Niewyraźne rysy były napięte, wzrok pieczołowicie wbity w obraz przed sobą. Mieszanka uczuć, jakie odczuwał sprawiała, że wymagał od siebie wyjątkowego skupienia. Tyle lat, tyle straconych lat… Ale to już koniec czekania. Bowiem już widział cel swej wędrówki. Czuł wiele rzeczy na raz, lecz podniecenie i wściekłość dawało górę. Stał już przed tym budynkiem, widział odpowiednie drzwi… W końcu, nie mogąc wytrzymać ani chwili dłużej, pchnął je z impetem i, wciąż ciężko dysząc, wszedł do środka. Automatycznie jego zmęczoną twarz wykrzywił paskudny uśmieszek.
— Wróciłem! — wrzasnął, czując kiełkującą w nim dziką radość. — Tęskniłeś?!
Krzyczał w ciemność nieco jaśniejszą niż tą, którą przed momentem pokonywał. W blasku bladej poświaty rzucanej przez porozstawiane gdzieniegdzie lampy widać było niewyraźny zarys pomieszczenia, jednego z tak niewielu, które znajdowało się w grodzisku. Rozejrzał się dookoła. Widział brudne, szare, dotknięte długim palcem starości i nędzy ściany, stare, powoli poddające się próchnicy deski podłogi, byle jak porozstawiane półki, pudła i skrzynie. Na jednej z nich zobaczył… Jego.
— Wróciłem! — powtórzył jeszcze głośniej. — Słyszysz?!
Mężczyzna siedzący na rozpadającej się skrzyni nie odpowiedział. Twarz miał ukrytą w cieniu, lecz natychmiast poznał, że to był właśnie On — tych charakterystycznych lazurowych włosów nie sposób było pomylić. Wkrótce jednak raczył się odwrócić. Gdyż już mógł spojrzeć mu w oczy, obserwował, jak na jego twarzy powoli ukazuje się politowanie. Przybysza troszeczkę to zirytowało.
— Czyżbyś nie miał ochoty na rozmowę ze mną? — spytał wciąż podniesionym głosem.
— To nie tak… — szeptał niebieskowłosy głosem pozbawionym emocji.
— W takim razie jak? Proszę, wytłumacz mi to.
— Byłeś zbyt głupi, aby zrozumieć to za pierwszym razem, a ja powtórzyć tego po raz kolejny nie zamierzam — odparł chłodno. — Zresztą nie mam na to czasu, mam ważniejsze sprawy.
Obcy prychnął.
— A cóż jest ważniejsze? Rozmyślasz o tym, ilu ludzi zraniłeś? A może o tym, ilu zabiłeś swoją bezmyślnością? — zakpił.
W pomieszczeniu na moment zapanowała grobowa cisza.
— Po co tu przyszedłeś? — spytał nieoczekiwanie mężczyzna o lazurowych włosach.
— Ty dobrze wiesz, po co. — Uśmiech ponownie zagościł na twarzy przybyłego.
— Jeśli naprawdę sądzisz, że to dostaniesz, twa postawa jest doprawdy godna pożałowania.
To jedno zdanie podziałało na obcego jak bodziec. Natychmiast poczuł się pewny siebie, a jeszcze więcej siły i determinacji dodała mu złość, nieokiełznana wściekłość na swojego starego przyjaciela. Z nadzwyczajną szybkością i zwinnością rzucił się w jego stronę, niemal błyskawicznie go obezwładniając. Sprawnie przetrzymał mu nogi, a jedną wolną ręką począł go dusić. Nie uzyskał jednak tek satysfakcji ujrzenia przerażenia w jego oczach. Zamiast tego ofiara ukazała swe śnieżnobiałe zęby, jak gdyby pogardzała tym, co robił. Nie mogąc tego powstrzymać, zdziwił się wielce, próbując pojąć, dlaczego ten się śmiał. I to właśnie był jego błąd, gdyż w jednej chwili duszony rozpłynął się w powietrzu.
— Czyżbyś nie pamiętał sztuczki z dawnych lat? — spytał kpiąco Alcedon.
— Pamiętam, aż za dobrze — odpowiedział, wciąż zjadliwie się uśmiechając. — I myślę, że ty pamiętasz i tę…
Zaraz po chwili pstryknął palcami. Jak gdyby w oczekiwaniu na znak, z ciemności wyłoniły się jakieś obce postacie. Olbrzymie, zdeformowane monstra, przypominały obrzydliwe połączenie psa i ryby: ich twarze były niesymetryczne, między palcami oraz miedzy ramieniem a tułowiem lśniła bladoniebieska, obryzgana błotem błona, zaś reszta ciała porośnięta była brudną, kilkunastocentymetrową sierścią. Pachniały wyjątkowo nieprzyjemnie, a i dźwięki przez nie wydawane nie sprawiały wrażenia przyjaznych. Mimo to to wszystko nie zrobiło zbytniego wrażenia na Alcedonie. Niczym niewzruszony, jak gdyby nigdy nic przysiadł na wcześniej zajmowanej rozklekotanej skrzyni, wpatrując się to w mężczyznę naprzeciwko, to w jego bestie. Jakby na znak swojej ignorancji, odgarnął spokojnie włosy z twarzy.
— Chyba dobrze wiesz, Hercadzie, jak się kończy zadzieranie, a co gorsza grożenie Władcy Biesów — rzekł z zadziwiającym spokojem. - Bona nocte, Tum somni.
Po tych jakże tajemniczo brzmiących słowach Alcedon rozpłynął się w powietrzu niczym mgła rozgoniona przez promienie słońca. Czując niewyobrażalne rozczarowanie i złość, wrzasnął w stronę nieludzkich istot:
— Znaleźć go chłopcy! Przeszukajcie wszystkie piekła, zaświata i znajdźcie go!
Kiedy bestie zniknęły, oddając się do reszty rozkazowi swego Pana, Hercad jeszcze długo stał w ciemnym pomieszczeniu. Nie mogąc nawet drgnąć, próbował opanować swoje rozdrażnienie. Mimo to nieświadomie zacisnął pięść.
— Dorwę cię, Alcedonie, przysięgam!
* * *
Prolog, w którym nikt nie wie o co chodzi.
Powiem wam szczerze, że nawet ja tego nie wiem.
wtorek, 25 października 2011
O co chodzi?
Może najpierw właśnie o tym. Ten blog to coś na kształt książki, a raczej mojego chorego wymysłu, który przecież kiedyś musi ujrzeć światło dzienne. Inaczej mógł by doszczętnie opanować moją podświadomość, co zresztą i tak już zrobił po części...Nie mam zielonego pojęcia, kto będzie bohaterem "książki", ani o czym ona będzie. Nie wiem nawet, dlaczego taki tytuł...Oprócz tego dużo będzie tu mojej pasji. Fotografii. Nie jestem świetną fotografką, tylko amatorką z tanim aparatem posiadającym 2 opcje...Kocham aparat bez wzajemności. Co mnie inspiruje? Przede wszystkim...Gorillaz. Tak. Bo zaczęło się, kiedy jakieś 5 lat temu usłyszałam Feel Good Inc. zakochałam się w tym zespole. Szkicowałam całymi dniami tylko ich.(Dokładniej to Murdoca) Cały czas słuchałam tylko ich. Bo jestem zakochana też w muzyce. W Muzyce. A obecnie mało jest osób, które tworzą muzykę. Może i "śpiewają", ale to o czym śpiewają przeważa. Bo większość tekstów jest o niczym. Nigdy nie będę ubierać się tak jak inni, i nie będę słuchała tego co inni. Pogodziłam się z tym i zmusiłam do pogodzenie się z tym moich przyjaciół. Tych prawdziwych nie musiałam zresztą zmuszać...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)