niedziela, 5 sierpnia 2012

                                               Kryształy Aguji

               -To ma być tu?-spytała z pogardą, unosząc przy tym jedną brew. Jako, że zawsze była to sarkastyczna i ironiczna nastolatka, widok tej mimiki był każdemu znany.
-Widziałem ich tutaj. To znaczy słyszałem...-odrzekł jąkając się przy tym zakłopotany.
-I po to ciągnąłeś mnie tu przez dobrą godzinę? Wiedziałam, ze masz nie nie równo pod sufitem, ale nie aż tak.
-A-a-ale...-chłopiec znów zaczął rozglądać się po grodzisku-Byli tu! Pamiętam to!
Algeria już go nie słuchała. Pospiesznie wyszła zostawiając brata samego. Trudno było jej się dziwić. Kto uwierzyłby w wyimaginowane potwory, stworzenia, tudzież monstra, o których sumiennie opowiadał pięciolatek? A opowiadał z najmniejszymi nawet szczegółami, bardzo przejęty. Na początku, każdy puszczał to mimo uszu, dla niektórych, było to nawet zabawne. Potem zaczęło być irytujące, chwilami nawet straszne. Chłopak pozostał jeszcze przez chwilę w budynku. Faktycznie, teraz nie było tu nikogo. W tedy jednak widział dokładnie sceny, migające szybko jak stopklatki. I te odrażające istoty.

            Miała dość łażenia z nim wszędzie. Często miał zwidy, słyszał coś, czego słychać nie było, widział rzeczy, których nikt nie widział. Lekarze nie wykryli żadnych chorób psychicznych. Uznano więc, że chłopiec ma po protu wybujałą wyobraźnię. Niestety, ta "wyobraźnia" zaczęła go rójnować. Utrudniała mu życie, nie mógł się na niczym skupić... Głosy nie kierowały swojej wypowiedzi dokładnie do niego. Pochodziły z daleka. Były ledwo słyszalne, jakby ktoś próbował ukryć to, co mówił...
                                                                           
            Sarven uciekał. Od rzeczywistości. Biegł. Czekał. Zawsze wtedy, czuł coś dziwnego. Niby nic. Czuł czyjąś obecność...Tak delikatną.
                                                                           
            Mieszkał w małym miasteczku, na wschodzie kraju. Lato przebiegało tu zazwyczaj chłodniej, niż w innych miastach tego regionu. Tak było i tym razem. Na dworze było duszno, sucho. Wiatr był mocniejszy niż zwykle, jakby chciał coś przekazać, ostrzegał. Usiadł na "plaży". Był to mały skrawek ziemi i piachu, który zawsze widoczny był po odpływie. W okół rosło mnóstwo trzcin. Miały różowo-zielone zabarwienie, w niczym nie przypominały tych zwykłych, pospolitych, które można znaleźć na zaniedbanej działce. Po przełamaniu pachniały one słodko, wręcz cukrowo. Nie tylko niebo, ale i całe otoczenie wydawało się szare. Nie można było ustalić, czy  woda w rzece jest spokojna, czy wręcz odwrotnie-przez porywisty wiatr, powinna być "nerwowa". Choć w okół nie było nikogo, otoczenie wydawało się Sarvenowi głośne. Nie mógł się skupić, cały czas coś zagłuszało jego myśli. A może to były one? Tak niespokojne, silne i zdecydowane. Nie znosiły sprzeciwu, musiały zostać wysłuchane. Nie były one jednak wyraźne... Wstał i zaczął maszerować w stronę lasu. Powinien był już wracać, aczkolwiek tamtego dnia miał nieodparte wrażenie, że dom nie jest teraz najlepszym, a nawet w miarę przyzwoitym miejscem, w którym by można akurat przebywać. O dziwo, nie miał żadnych powodów, aby tak myśleć. Fakt faktem, że w jego domu nigdy się nie przelewało, ani atmosfera nie była zbytnio przychylna. Zawsze był osobą w pewnym stopniu arogancką, więc nawet nie zawracał sobie głowy tym, czy jest to jego wina.
            Las zaczynał się niedużym półkolem, nie widać za to było, gdzie się kończy, gdyż resztę przysłaniał wał. Nie było w nim wyznaczonych żadnych ścieżek. Nie dlatego, że nikt w nim nie przechadzał. Dlatego, że każdy szedł gdzie indziej. Szedł dość szybko, po chwili jego chód przemienił się w bieg. Nie miał pojęcia, dlaczego biegnie, dlaczego akurat w tę stronę. Zatrzymał się po chwili tylko dlatego, że na jego drodze siedział mężczyzna. Nie wyglądał on, jak ktoś godny zaufania, więc pierwszym odruchem Sarvena było wyminięcie go. Mężczyzna ubrany był w stare, potargane szmaty, które już dawno przeżyły swój złoty wiek. Biło od niego zapachem mieszaniny wielu alkoholi, najbardziej jednak wyrazisty był rum i wódka. Nagle mężczyzna wstał. Sarven cofnął się, a kiedy nieznajomy chciał go dotknąć, spróbował zrobić unik. Ku zdziwieniu, potencjalny napastnik był szybszy i zwinniejszy, niż by się można spodziewać. Dosłownie w mgnieniu oka zrobił coś, czego chłopak zupełnie się nie spodziewał. Obcy chwycił go za brodę i uniósł jego głowę w górę. Sarven ujrzał stado aguji. Zdziwiło go to, gdyż ptaki te pochodzą z Ameryki Północnej, a żyją w górach, nie w stadach. Zapanowała przeraźliwa cisza. Ptaki leciał coraz bliżej siebie, na niebie dało się ujrzeć jedynie ciemną, powoli poruszającą się chmarę. Poruszały skrzydłami monotonnie, wręcz melancholijnie, jakby każdy ich ruch musiał zostać kilkakrotnie przemyślany, jakby to wszystko wymagało wielu lat ćwiczeń, aby wykonać dosłownie cząstkę tego, co do wykonania pozostało. Nagle jeden z ptaków wniósł się wyżej, po czym bezwładnie, a zarazem z olbrzymią prędkością upadł na ziemię. Po chwili uderzył z impetem w ziemię, tuż przed przerażonym Sarvenem. Ptak rozbił się na milion małych, idealnie uformowanych kryształów. Zamiast wbić się w ziemię, wchłonęły w nią. Dokładnie to samo stało się z resztą aguji. Każdemu rozbryzgowi towarzyszył przeraźliwy pisk. Dźwięk ten następował od razu po głuchym uderzeniu.
            Jak podczas burzy-wielkiego wyścigi pomiedzy blaskiem, a hukiem, pomiędzy światłem, a dźwiękiem, gdzie zawsze wygrywa to pierwsze. Jest w niej jeszcze miejsce na cień, który zostaje gdzieś obok, niby przygląda się tej monotoni, niczym na wyścigach szczurów. Jakby kpił z nich, wiedząc, że kiedy nadejdzie jego pora, żadne z nich nie będzie miało najmniejszego znaczenia, ani prawa. Cień porównać możnaby do osoby. Obecność jej, dało się z łatwością wyczuć w każdym momencie, oraz każdym miejscu (tego domu, czy tam innego miejsca). Osoba ta, Cieniem się zwąca, jak podczas jednego z napadów natręctw-szeptała. Szepty te, wydawały się tak znajome, jakby były z nim od zawsze. Jakby znał ich każdy szczegół, a nawet akcent, na który padały wyrazy, których zrozumieć nie mógł.
                                                           
                                                                  *      *      *
Trudno się będzie połapać w czasach. To może ja troszkę pomogę... Pierwszy akapit, to to, co się działo kiedyś, podczas gdy Sarven (główny bohater) był jeszcze mały. Możliwe, że teraz wydaje się on wręcz epizodyczny, lecz w późniejszych rozdziałach wszystko się wyjaśni. Akapit 3 to coś, co się działo i dzieje, co trwa cały czas. Reszta, to po prostu czas...przeszło-teraźniejszy. Rozdział króciutki, to wprowadzenie. Z resztą, inne też nie będą długie. Będzie ich dużo, a będą krótkie.


czwartek, 27 października 2011

Prolog

               
                                                           Prolog

               Opustoszała uliczka pogrążona była w mroku. Przenikliwa ciemność w zastraszającym tempie przechwytywała wszystko w zasięgu swojego wzroku, którego tak wielu nie mogło znieść. Tylko uliczna latarnia, jedyna, jaka działała w pobliżu, rzucała na drogę blade światło. Światło, które powinno dawać nadzieję i ciepło. To jednak było tak zimne i ponure, wywołujące dreszcze na plecach każdego, kto przechodziłby właśnie tędy. Ale któż byłby takim głupcem, by o tej porze przechadzać się w tak wyjątkowo nieprzyjemną noc? Znalazła się jednak taka osoba. Mężczyzna, szybko mknący przez ciemność, dyszał ciężko. Krok miał ciężki i szybki, wyraźnie gdzieś mu się spieszyło. Niewyraźne rysy były napięte, wzrok pieczołowicie wbity w obraz przed sobą. Mieszanka uczuć, jakie odczuwał sprawiała, że wymagał od siebie wyjątkowego skupienia. Tyle lat, tyle straconych lat… Ale to już koniec czekania. Bowiem już widział cel swej wędrówki. Czuł wiele rzeczy na raz, lecz podniecenie i wściekłość dawało górę. Stał już przed tym budynkiem, widział odpowiednie drzwi… W końcu, nie mogąc wytrzymać ani chwili dłużej, pchnął je z impetem i, wciąż ciężko dysząc, wszedł do środka. Automatycznie jego zmęczoną twarz wykrzywił paskudny uśmieszek.
— Wróciłem! — wrzasnął, czując kiełkującą w nim dziką radość. — Tęskniłeś?!
Krzyczał w ciemność nieco jaśniejszą niż tą, którą przed momentem pokonywał. W blasku bladej poświaty rzucanej przez porozstawiane gdzieniegdzie lampy widać było niewyraźny zarys pomieszczenia, jednego z tak niewielu, które znajdowało się w grodzisku. Rozejrzał się dookoła. Widział brudne, szare, dotknięte długim palcem starości i nędzy ściany, stare, powoli poddające się próchnicy deski podłogi, byle jak porozstawiane półki, pudła i skrzynie. Na jednej z nich zobaczył… Jego.
— Wróciłem! — powtórzył jeszcze głośniej. — Słyszysz?!
Mężczyzna siedzący na rozpadającej się skrzyni nie odpowiedział. Twarz miał ukrytą w cieniu, lecz natychmiast poznał, że to był właśnie On — tych charakterystycznych lazurowych włosów nie sposób było pomylić. Wkrótce jednak raczył się odwrócić. Gdyż już mógł spojrzeć mu w oczy, obserwował, jak na jego twarzy powoli ukazuje się politowanie. Przybysza troszeczkę to zirytowało.
— Czyżbyś nie miał ochoty na rozmowę ze mną? — spytał wciąż podniesionym głosem.
— To nie tak… — szeptał niebieskowłosy głosem pozbawionym emocji.
— W takim razie jak? Proszę, wytłumacz mi to.
— Byłeś zbyt głupi, aby zrozumieć to za pierwszym razem, a ja powtórzyć tego po raz kolejny nie zamierzam — odparł chłodno. — Zresztą nie mam na to czasu, mam ważniejsze sprawy.
Obcy prychnął.
— A cóż jest ważniejsze? Rozmyślasz o tym, ilu ludzi zraniłeś? A może o tym, ilu zabiłeś swoją bezmyślnością? — zakpił.
W pomieszczeniu na moment zapanowała grobowa cisza.
— Po co tu przyszedłeś? — spytał nieoczekiwanie mężczyzna o lazurowych włosach.
— Ty dobrze wiesz, po co. — Uśmiech ponownie zagościł na twarzy przybyłego.
— Jeśli naprawdę sądzisz, że to dostaniesz, twa postawa jest doprawdy godna pożałowania.
To jedno zdanie podziałało na obcego jak bodziec. Natychmiast poczuł się pewny siebie, a jeszcze więcej siły i determinacji dodała mu złość, nieokiełznana wściekłość na swojego starego przyjaciela. Z nadzwyczajną szybkością i zwinnością rzucił się w jego stronę, niemal błyskawicznie go obezwładniając. Sprawnie przetrzymał mu nogi, a jedną wolną ręką począł go dusić. Nie uzyskał jednak tek satysfakcji ujrzenia przerażenia w jego oczach. Zamiast tego ofiara ukazała swe śnieżnobiałe zęby, jak gdyby pogardzała tym, co robił. Nie mogąc tego powstrzymać, zdziwił się wielce, próbując pojąć, dlaczego ten się śmiał. I to właśnie był jego błąd, gdyż w jednej chwili duszony rozpłynął się w powietrzu.
— Czyżbyś nie pamiętał sztuczki z dawnych lat? — spytał kpiąco Alcedon.
— Pamiętam, aż za dobrze — odpowiedział, wciąż zjadliwie się uśmiechając. — I myślę, że ty pamiętasz i tę…
Zaraz po chwili pstryknął palcami. Jak gdyby w oczekiwaniu na znak, z ciemności wyłoniły się jakieś obce postacie. Olbrzymie, zdeformowane monstra, przypominały obrzydliwe połączenie psa i ryby: ich twarze były niesymetryczne, między palcami oraz miedzy ramieniem a tułowiem lśniła bladoniebieska, obryzgana błotem błona, zaś reszta ciała porośnięta była brudną, kilkunastocentymetrową sierścią. Pachniały wyjątkowo nieprzyjemnie, a i dźwięki przez nie wydawane nie sprawiały wrażenia przyjaznych. Mimo to to wszystko nie zrobiło zbytniego wrażenia na Alcedonie. Niczym niewzruszony, jak gdyby nigdy nic przysiadł na wcześniej zajmowanej rozklekotanej skrzyni, wpatrując się to w mężczyznę naprzeciwko, to w jego bestie. Jakby na znak swojej ignorancji, odgarnął spokojnie włosy z twarzy.
 — Chyba dobrze wiesz, Hercadzie, jak się kończy zadzieranie, a co gorsza grożenie Władcy Biesów — rzekł z zadziwiającym spokojem. - Bona nocte, Tum somni.
Po tych jakże tajemniczo brzmiących słowach Alcedon rozpłynął się w powietrzu niczym mgła rozgoniona przez promienie słońca. Czując niewyobrażalne rozczarowanie i złość, wrzasnął w stronę nieludzkich istot:
— Znaleźć go chłopcy! Przeszukajcie wszystkie piekła, zaświata i znajdźcie go!
Kiedy bestie zniknęły, oddając się do reszty rozkazowi swego Pana, Hercad jeszcze długo stał w ciemnym pomieszczeniu. Nie mogąc nawet drgnąć, próbował opanować swoje rozdrażnienie. Mimo to nieświadomie zacisnął pięść.
— Dorwę cię, Alcedonie, przysięgam!

                                                                       *     *     *

Prolog, w którym nikt nie wie o co chodzi.
Powiem wam szczerze, że nawet ja tego nie wiem.

wtorek, 25 października 2011

O co chodzi?

Może najpierw właśnie o tym. Ten blog to coś na kształt książki, a raczej mojego chorego wymysłu, który przecież kiedyś musi ujrzeć światło dzienne. Inaczej mógł by doszczętnie opanować moją podświadomość, co zresztą i tak już zrobił po części...Nie mam zielonego pojęcia, kto będzie bohaterem "książki", ani o czym ona będzie. Nie wiem nawet, dlaczego taki tytuł...Oprócz tego dużo będzie tu mojej pasji. Fotografii. Nie jestem świetną fotografką, tylko amatorką z tanim aparatem posiadającym 2 opcje...Kocham aparat bez wzajemności. Co mnie inspiruje? Przede wszystkim...Gorillaz. Tak. Bo zaczęło się, kiedy jakieś 5 lat temu usłyszałam Feel Good Inc. zakochałam się w tym zespole. Szkicowałam całymi dniami tylko ich.(Dokładniej to Murdoca) Cały czas słuchałam tylko ich. Bo jestem zakochana też w muzyce. W Muzyce. A obecnie mało jest osób, które tworzą muzykę. Może i "śpiewają", ale to o czym śpiewają przeważa. Bo większość tekstów jest o niczym. Nigdy nie będę ubierać się tak jak inni, i nie będę słuchała tego co inni. Pogodziłam się z tym i zmusiłam do pogodzenie się z tym moich przyjaciół. Tych prawdziwych nie musiałam zresztą zmuszać...