Kryształy Aguji
-To ma być tu?-spytała z pogardą, unosząc przy tym jedną brew. Jako, że zawsze była to sarkastyczna i ironiczna nastolatka, widok tej mimiki był każdemu znany.
-Widziałem ich tutaj. To znaczy słyszałem...-odrzekł jąkając się przy tym zakłopotany.
-I po to ciągnąłeś mnie tu przez dobrą godzinę? Wiedziałam, ze masz nie nie równo pod sufitem, ale nie aż tak.
-A-a-ale...-chłopiec znów zaczął rozglądać się po grodzisku-Byli tu! Pamiętam to!
Algeria już go nie słuchała. Pospiesznie wyszła zostawiając brata samego. Trudno było jej się dziwić. Kto uwierzyłby w wyimaginowane potwory, stworzenia, tudzież monstra, o których sumiennie opowiadał pięciolatek? A opowiadał z najmniejszymi nawet szczegółami, bardzo przejęty. Na początku, każdy puszczał to mimo uszu, dla niektórych, było to nawet zabawne. Potem zaczęło być irytujące, chwilami nawet straszne. Chłopak pozostał jeszcze przez chwilę w budynku. Faktycznie, teraz nie było tu nikogo. W tedy jednak widział dokładnie sceny, migające szybko jak stopklatki. I te odrażające istoty.
Miała dość łażenia z nim wszędzie. Często miał zwidy, słyszał coś, czego słychać nie było, widział rzeczy, których nikt nie widział. Lekarze nie wykryli żadnych chorób psychicznych. Uznano więc, że chłopiec ma po protu wybujałą wyobraźnię. Niestety, ta "wyobraźnia" zaczęła go rójnować. Utrudniała mu życie, nie mógł się na niczym skupić... Głosy nie kierowały swojej wypowiedzi dokładnie do niego. Pochodziły z daleka. Były ledwo słyszalne, jakby ktoś próbował ukryć to, co mówił...
Sarven uciekał. Od rzeczywistości. Biegł. Czekał. Zawsze wtedy, czuł coś dziwnego. Niby nic. Czuł czyjąś obecność...Tak delikatną.
Mieszkał w małym miasteczku, na wschodzie kraju. Lato przebiegało tu zazwyczaj chłodniej, niż w innych miastach tego regionu. Tak było i tym razem. Na dworze było duszno, sucho. Wiatr był mocniejszy niż zwykle, jakby chciał coś przekazać, ostrzegał. Usiadł na "plaży". Był to mały skrawek ziemi i piachu, który zawsze widoczny był po odpływie. W okół rosło mnóstwo trzcin. Miały różowo-zielone zabarwienie, w niczym nie przypominały tych zwykłych, pospolitych, które można znaleźć na zaniedbanej działce. Po przełamaniu pachniały one słodko, wręcz cukrowo. Nie tylko niebo, ale i całe otoczenie wydawało się szare. Nie można było ustalić, czy woda w rzece jest spokojna, czy wręcz odwrotnie-przez porywisty wiatr, powinna być "nerwowa". Choć w okół nie było nikogo, otoczenie wydawało się Sarvenowi głośne. Nie mógł się skupić, cały czas coś zagłuszało jego myśli. A może to były one? Tak niespokojne, silne i zdecydowane. Nie znosiły sprzeciwu, musiały zostać wysłuchane. Nie były one jednak wyraźne... Wstał i zaczął maszerować w stronę lasu. Powinien był już wracać, aczkolwiek tamtego dnia miał nieodparte wrażenie, że dom nie jest teraz najlepszym, a nawet w miarę przyzwoitym miejscem, w którym by można akurat przebywać. O dziwo, nie miał żadnych powodów, aby tak myśleć. Fakt faktem, że w jego domu nigdy się nie przelewało, ani atmosfera nie była zbytnio przychylna. Zawsze był osobą w pewnym stopniu arogancką, więc nawet nie zawracał sobie głowy tym, czy jest to jego wina.
Las zaczynał się niedużym półkolem, nie widać za to było, gdzie się kończy, gdyż resztę przysłaniał wał. Nie było w nim wyznaczonych żadnych ścieżek. Nie dlatego, że nikt w nim nie przechadzał. Dlatego, że każdy szedł gdzie indziej. Szedł dość szybko, po chwili jego chód przemienił się w bieg. Nie miał pojęcia, dlaczego biegnie, dlaczego akurat w tę stronę. Zatrzymał się po chwili tylko dlatego, że na jego drodze siedział mężczyzna. Nie wyglądał on, jak ktoś godny zaufania, więc pierwszym odruchem Sarvena było wyminięcie go. Mężczyzna ubrany był w stare, potargane szmaty, które już dawno przeżyły swój złoty wiek. Biło od niego zapachem mieszaniny wielu alkoholi, najbardziej jednak wyrazisty był rum i wódka. Nagle mężczyzna wstał. Sarven cofnął się, a kiedy nieznajomy chciał go dotknąć, spróbował zrobić unik. Ku zdziwieniu, potencjalny napastnik był szybszy i zwinniejszy, niż by się można spodziewać. Dosłownie w mgnieniu oka zrobił coś, czego chłopak zupełnie się nie spodziewał. Obcy chwycił go za brodę i uniósł jego głowę w górę. Sarven ujrzał stado aguji. Zdziwiło go to, gdyż ptaki te pochodzą z Ameryki Północnej, a żyją w górach, nie w stadach. Zapanowała przeraźliwa cisza. Ptaki leciał coraz bliżej siebie, na niebie dało się ujrzeć jedynie ciemną, powoli poruszającą się chmarę. Poruszały skrzydłami monotonnie, wręcz melancholijnie, jakby każdy ich ruch musiał zostać kilkakrotnie przemyślany, jakby to wszystko wymagało wielu lat ćwiczeń, aby wykonać dosłownie cząstkę tego, co do wykonania pozostało. Nagle jeden z ptaków wniósł się wyżej, po czym bezwładnie, a zarazem z olbrzymią prędkością upadł na ziemię. Po chwili uderzył z impetem w ziemię, tuż przed przerażonym Sarvenem. Ptak rozbił się na milion małych, idealnie uformowanych kryształów. Zamiast wbić się w ziemię, wchłonęły w nią. Dokładnie to samo stało się z resztą aguji. Każdemu rozbryzgowi towarzyszył przeraźliwy pisk. Dźwięk ten następował od razu po głuchym uderzeniu.
Jak podczas burzy-wielkiego wyścigi pomiedzy blaskiem, a hukiem, pomiędzy światłem, a dźwiękiem, gdzie zawsze wygrywa to pierwsze. Jest w niej jeszcze miejsce na cień, który zostaje gdzieś obok, niby przygląda się tej monotoni, niczym na wyścigach szczurów. Jakby kpił z nich, wiedząc, że kiedy nadejdzie jego pora, żadne z nich nie będzie miało najmniejszego znaczenia, ani prawa. Cień porównać możnaby do osoby. Obecność jej, dało się z łatwością wyczuć w każdym momencie, oraz każdym miejscu (tego domu, czy tam innego miejsca). Osoba ta, Cieniem się zwąca, jak podczas jednego z napadów natręctw-szeptała. Szepty te, wydawały się tak znajome, jakby były z nim od zawsze. Jakby znał ich każdy szczegół, a nawet akcent, na który padały wyrazy, których zrozumieć nie mógł.
* * *
Trudno się będzie połapać w czasach. To może ja troszkę pomogę... Pierwszy akapit, to to, co się działo kiedyś, podczas gdy Sarven (główny bohater) był jeszcze mały. Możliwe, że teraz wydaje się on wręcz epizodyczny, lecz w późniejszych rozdziałach wszystko się wyjaśni. Akapit 3 to coś, co się działo i dzieje, co trwa cały czas. Reszta, to po prostu czas...przeszło-teraźniejszy. Rozdział króciutki, to wprowadzenie. Z resztą, inne też nie będą długie. Będzie ich dużo, a będą krótkie.